Logowanie

ceneobaner 7b6b9764bda8145a33870fc4144992ad8f055d

Ostatnie na forum

2wedkarstwomorskie 1seaangel 3rejswedkarski

Reklama

Historia kłusownictwa w Smołdzinie

Smołdzino - stara wieś Kaszubska nad rzeką Łupawą: Kościół z XVII wieku, dwa sklepy, jedna knajpa całoroczna i kilka sezonowych, oraz elektrownia wodna zbudowana w 1935 roku; niecały tysiąc mieszkańców. Przez kilka dziesięcioleci – podobnie jak Karlino nad Parsętą - „słynęła” z lokalnych grup kłusowniczych, trzebiących prądem trocie docierające do elektrowni, która uniemożliwiała im dalszą wędrówkę.

 

Drugi dzień przemierzam brzegi rzeki z muchówką poniżej Smołdzina. Rano dostrzegam kilka spławów; obławiam sumiennie te miejsca, zmieniając muchy – ryby całkowicie je ignorują. Kolega łowiący poniżej zapina niedużą troć, jednak ryba spina się tuż przy brzegu. Spinningiści do południa też na zero. Znużony i nieco zniechęcony siadam na ławce przy rzece; sięgam po termos i kanapkę. Niebo błękitne, bez chmurki, w oddali wypiętrza się Rowokół, święta góra Słowińców. Cisza - słychać jedynie odwieczny szept rzeki na przeszkodach i kamienistych płyciznach. Autochton pojawia się nagle, niczym zjawa, siada obok mnie i prosi o papierosa. Przygarbiony, twarz pełna bruzd, jak jesienne pole po orce i drżące dłonie alkoholika. Wyszmacone spodnie, takaż bluza dresowa z nieczytelnym nadrukiem i rozczłapane sandały.

 

 

Przedstawia się: - Władek jestem, tutejszy od urodzenia. Mówi, że ma pięćdziesiąt dwa lata. – Lustruję go wzrokiem; wygląda na siedemdziesiąt pięć. Nie palę, więc prosi by mu dołożyć do tytoniu na wagę, bo renty ani pracy nie ma; sięgam do kieszeni po drobne. Dziękuje, usadawia się wygodniej i zaczyna snuć swój barwny życiorys kłusownika.

 

 

- Ryb teraz mniej panie, dużo mniej, wyrybiło się, głównie przez rybaków na jeziorze, co ujście rzeki siatkami obstawiają. Jeden wonton to mają taki, że pół jeziora zagarną. No i dużo ryb choruje, jesienią przy elektrowni widać jak z wrzodami pływają, podbierakiem można wyjąć, tylko, że te na sprzedaż nie pójdą, chyba, że na tatara ktoś się odważy. Kiedyś inaczej było, dobrze się żyło, pieniędzy nie brakowało i na wódkę, i na papierosy, a i starej się dało. Pierwszą rybę zabiłem cegłą jak miałem osiem lat; ojciec ze szwagrem porazili kilka sztuk prądem, a jedna, największa, po śniegu skakać zaczęła. Waliłem, aż mnie ręka rozbolała, krwi na śniegu dużo było i spodnie zapaćkane miałem. Jak dorosłem, a ojciec zmarł na wylew, zorganizowałem chłopaków i podzielili my rzekę na odcinki, po jednym dla każdej grupy, żeby porządek był. My mieli od elektrowni do kładki, najwydajniejszy, bo dalej ryba iść nie mogła. Na to miejsce do dziś ludzie mówią Cmentarz, bo tam ryby kończyły swój żywot. W dobrym roku było 1200, 1500 troci. I łososie się trafiały, jednemu do 20 kilo mało brakowało. Największa odpowiedzialność była na chłopakach, co na czujkach stali; ja przy robocie musiałem mieć pewność, że nikt nas nie podchodzi. Raz Bronka, sąsiada, co mnie przy kablu zmienił tak prąd potrzepotał, że musielim go reanimować. Chłop przeżył, tyle, że głowy w jedną stronę skręcać nie mógł i oczami ciągle mrugał; potem przez pół roku do rzeki nie pochodził. Cała ryba szła do „Żyda”: do hoteli, pensjonatów, smażalni… a i ludzie z miasta, ze Słupska najwięcej przyjeżdżali, nawet milicjanci… wędkarze też od nas brali jak gówno złapali. Pieniądz ja trzymałem i sprawiedliwie rozdzielałem. W knajpie stoliki my zestawiali i wódka z najlepszą zakąską dla wszystkich była. Czasem w tym piciu człowiek umiaru nie miał, to i dwa razy w Kocborowie na odwyku wylądowałem. Za drugim razem uciekłem po tygodniu, jak się dowiedziałem, że ryba w rzekę idzie.

 

Niekiedy nas podchodzili, ale jak wszystkie psy w obejściach ujadać zaczęły, to my wiedzieli, że strażnicy przyjechali. Z nami też pies chodził, mieszaniec, jasny taki, Murzyn się nazywał, ale mądry był, obcego na kilometr wyczuł. Raz w sądzie sprawę miałem, jak jeden młody sie napił i na czujce zasnął, a straż akurat nalot zrobiła. Roboty publiczne sędzia dał, czterysta godzin w gminie. W dzień liście grabiłem, a nocą po rybę się szło. Z czasem łatwiej było, bo człowiek rzekę dobrze poznał, stali odbiorcy byli, ceny ryb poszły w górę i telefony komórkowe weszły, przez co chłopaków szybko ostrzec sie dało. Tyle, że chłopaki zaczeli umierać, jak wróble, jeden po drugim, na wątrobe najwięcej, albo i ze stresu, bo robota niełatwa, nie każdy się nadawał, w człowieku napięcie stale było. Mnie też strasznie wzrok sie osłabił i ręce drżą, o, widzisz pan, gdzie mi tam z kablem po nocy latać. Młodzi żyć tu nie chcą, w świat pouciekali, same dziadki zostali. Mój syn na tokarce u Niemca pod Monachium robi, telewizor ma na pół ściany, w restauracjach się stołuje, dobre auto kupił. Mówi, że chyba nie wróci. Szkoda, bo ryby na darmo w rzece pływają, nie ma kto ich pozyskać. Ja panie, lubię tu posiedzieć wieczorem i patrzeć jak skaczą, i dawne, dobre czasy powspominać. Przy takim słońcu tylko wieczorem albo wcześnie rano szansa na rybe jest. Przyjdź pan wieczorem. Zamilkł; z blaszanego pudełka wyjął skręta, zapalił, i z trudem dźwignął ciało z ławki. Przyjdź pan wieczorem – powtórzył odchodząc.

 

 

Robert Tracz

Komentarze   

#2 Adam 2017-10-03 22:47
Kiedyś na wsi co drugi pies Murzyn się nazywał. Szczególnie jak czarnego umaszczenia był. A teraz? Niby nie wypada.
#1 Sambor 2017-10-03 19:42
Widzę Robercie Freda poznałeś starego kłusola :lol: Fakt jest taki że za winiucho zrobi wszystko ;) Z tymi dwoma sklepami przegiąłeś są 4 w tym jeden niedawno otwarty super Markkiiet :P
Odnośnie kłusowania odbywa się ono na oczach co dnia przy elektrowni na syfonie ;-) Pozdrawiam.

You have no rights to post comments

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki..

  Akceptuje pliki cookies z tej strony.
EU Cookie Directive Module Information